czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział drugi

Na moje nieszczęście trafiło mi się miejsce koło tej Owcy1, która mnie baranem przezywa. Mam go serdecznie dość.
- Czemu się nie odzywacie? - Spytała wreszcie Urako, po długiej dyskusji z kolegą Owieczki.
- Nie będę gadać z tym stworzeniem, które nie powinno ujrzeć światła dziennego – powiedzieliśmy jednocześnie.
- Kto się czubi, ten się lubi!
- Chcielibyście – znów chórek.
- To czemu cały czas gadacie jednocześnie?
- Macie omamy słuchowe - stwierdziłam.
- Jaaaaasneeeeee. Wmawiajcie sobie.
- Zajmijcie się sobą, a nie w nasze relacje się wtrącacie.
- Czy to źle, że chcemy, żeby nasi przyjaciele się dogadywali?
- TY MNIE CHCESZ Z… - w tym momencie Urako zasłoniła mi usta, wzięła za nadgarstek i zaciągnęła daleko od chłopaków.
- Zamknij się. Nie muszą tego wiedzieć.
- A niech wie, że chcesz mnie zeswatać z jego kumplem.
- Nope. Nie musi.
- W ogóle to jak on się zwie?
- Ishiyama-san.
- Żebyś człowiekowi mówiła „san”…
- Ty też powinnaś.
- Do tej Owcy mam gadać „Owca-san”? W marzeniach. Co najwyżej „Owca-chan”. - Urako westchnęła i zaczęła się kierować do stolika, a ja wraz z nią.
- Kajiyama-kun i jak ci się podoba Sayuki-san?
- Ha?
- To, co słyszałeś.
- Kh… Nie powiem ci.
- Nande?2 - Chłopak skierował głową na mnie i Urako.
- O czym mówicie? - Spytała radośnie, udając, że nic a nic nie słyszała.
- O…
- Niczym – wtrącił się blondyn.

***
Po pół godzinie słuchania jak Ishiyama i Urako gadają, nadszedł czas upragnionej rozłąki. Ani razu nie odezwałam się do Owcy, a on do mnie. I dobrze. Nie chciałam z nim rozmawiać.
- Kajiyama-kun, pożegnaj się z Sayuki-san.
- NIE. - Praktycznie oboje krzyknęliśmy na Ishiyamę.
- Michi, spokojnie. Nie krzycz.
- Ja nie krzyczę. Ja tylko trochę podnoszę głos.
- Jasne. Jakoś krzyknęłaś głośniej ode mnie.
- To, że masz cichy głos, to nie moja wina!
- No, już, spokój! Chyba, że… Chcecie jeszcze trochę ze sobą pobyć – Urako uśmiechnęła się zawadiacko.
- Pojebało cię do reszty?
- A idź. Chodźmy już. - Wzięła mnie za rękę i gdzieś poprowadziła.

***
Wróciliśmy do Nigeru.
Pierwszą osobą na którą wpadłam był Nao.
- NOSZ KURNA, UWAŻAĆ JAK ŁAZICIE.
- Co ci jest? Zwykle się tak nie unosisz.
- Wpadła dzisiaj na przystojnego chłopaka! Ale ona go nazywa owcą, a on ją baranem. - Westchnęła Urako, a Nao wybuchnął śmiechem.
- Zamilcz, plebsie. Chyba, że chcesz skończyć na gilotynie za śmianie się ze swej królowej.
- Oj, przepraszam, królowo. Jednakże, nie wiedziałem, że królowa jest zdolna do wyzywania kogoś. I to jeszcze od owiec.
- Cóż, teraz to wiesz. A teraz złóż pokłon swej królowej i się oddal. Oczy mnie bolą, gdy na ciebie patrzę.
- Chciałabyś! Cierp – powiedział, po czym oboje zaczęliśmy się śmiać jak opętani.
- Dobra, nie śmiać się. Musimy iść do domów.
- Ja nie muszę.
- Bo ty mieszkasz sama.
- Zazdroszczę ci.
- Czego? Samotności? Jestem sama wśród czterech ścian. Nie ma czego zazdrościć.
- To może dzisiaj do ciebie wbijemy, co? - Zaproponowała Urako.
- Jak chcecie. I jak wam pozwolą.
- Mamy po 19 lat, weź.
***
1Z dużej litery, gdyż, ponieważ to przezwisko Ryu, które Michi traktuje jako nazwę własną.

2Z japońskiego: dlaczego?


-------
Przepraszam za tak krótki rozdział, ale aktualnie nie mam weny. +Moje myśli zajmuje "Zrezygnować z pisania czy nie..." ;_____;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz